Rzecz zdarzyła się w niedzielę 9 grudnia 2007. Buszując po katalogu blogów dla dorosłych zaskoczony nadmiernym wzrostem statystyk odwiedzin (jednak choć sporadyczne wymienianie nazwisk gwiazdek porno okraszonych skąpymi fotkami owocuje liczbą wejść) znalazłem bloga, który mnie zaciekawił a o którym będzie trzy słowa.
Temat przewodni - mój ulubiony, który często wałkuję - sponsoring.
Cherry Blossom Girl lub Deep Red Cherry a prościej po prostu Cherry to autorka bloga na którego się wówczas natknąłem. Po zapoznaniu się z kilkoma wpisami (sam blog jest tylko pozornie rozległy, bo wpisy są na ogół krótkie) wiem już co nieco o jego bohaterce. Piszę celowo używając zwrotu bohaterka nie zaś autorka, gdyż tylko ja mienię się tym, który zawsze pisze prawdę, niczego nie ukrywając z własnego życia. A co najważniejsze nie koloryzując ni też się nie wybielając karmiąc się fałszywym dowartościowaniem. Dla mnie wielką radością jest możliwość otworzenia się na blogu (szczególnie w temacie potrzeb i pragnień seksualnych)
Być może Cherry też pisze otwarcie, szczerze i pełnie jednak pewności nie mam dlatego skupiam się na treści. A treść traktuje o układzie opartym na fascynacji nie mężczyzną, ale jego pieniędzmi.
Cherry to być może 23-letni studentka socjologii mieszkająca w Krakowie lub Warszawie wiodąca dość szczęśliwy żywot wypełniony jak mniemam nauką, rozrywką i pracą połączoną z przyjemnością. A przyjemnością i pracą są dla niej spotkania z panem mecenasem (w wieku nieco ponad 40 lat) w hoteliku na uboczu, gdzie obydwoje oddają się rozkoszy obcowania z nagim ciałem. Najbardziej zadowolona jest właśnie Cherry gdyż za takie spotkanie kasuje miesięczne pensum kasjerki w Tesco czyli 500-600 zł + niewykluczone bonusy w postaci prezentów, a co więcej kontakt z panem mecenasem musi też pozytywnie wpływać na intelektualny rozwój naszej bohaterki.
A zaczęło się tak jak się zwykle zaczyna, także i u mnie z moimi dziewuchami czyli przez czata. Czat + kobieta + mężczyzna + prowokujący nick + kaska po męskiej stronie i rodzi się z tego pierwszy telefon, później spotkanie i albo rozczarowanie albo uśmiech i strony zawierają kontrakt nigdy nie mogący być umową w świetle prawa cywilnego którego przedmiotem jest tzw. sponsoring.
Jest to nowocześniejsza i bardziej obyczajna forma prostytucji czyli układu opartego na wyznacznikach seksualno-finansowych. On ma wszystko (żona, dzieci, dom, praca i pieniążki), ona ma tylko urodę i palącą potrzebę zostania KIMŚ. I oboje nie mają hamulców moralnych przez co już na pierwszym spotkaniu zrobi mu loda, a w 4-tej godzinie tej randki będzie czuła się przy nim swobodnie i wyuzdanie. Spotykając się regularnie i wywiązując się z części finansowej obie strony nabiorą do siebie być może szacunku i zaufania (możliwy seks bez gumki i połyk ejakulatów) nie wykluczając relacji opartej na przyjaźni i wsparciu. Oczywiście są to spekulacje tak pozytywnie nastawionego do świata i ludzi człowieka jak ja.
Nie ulega wątpliwości, że panom mecenasom po 40-stce chodzi i młode, jędrne i niezmanieryzowane dwudziestokilkuletnie lub młodsze ciało z którym można się zabawić realizując swoje potrzeby na których materializowanie z żoną się już nie ma ochoty - bo ona spowszedniała i poza tym nie jest tak piękna i smukła jak przed laty.
Dlatego moje czatowe ofiary były zdziwione, że będąc młodym, wcale nie zamożnym chłopakiem (24-27 lat) posuwam się do mało męskiego zachowania polegającego na kupowaniu miłości a nawet proponowaniu sponsoringu w cenie 4 spotkania w miesiącu za 500 zł. Nie otrzymałem od nich litości i pogłaskania po mordce, w swym życiu słyszały już różne bajeczki i sposoby na wyłudzenie serii stosunków po promocyjnych cenach. Dopiero jak doświadczyły przeżyć po stosunku mogły zdać sobie sprawę, że wciąż jeszcze pachnę prawictwem. Na koncie mam 5-7 stosunków o różnym poziomie intensywności i czasowej długości.
Cherry to przykład uniwersytutki w formie szczęśliwej. Zaliczyła poza własnymi partnerami z wyboru tylko jednego pana sponsora z którym jest w stanie się dogadywać i którego jak sądzę lubi.
Podobnie było z Keri - panienka wielokrotnie wspominana, z którą się spotkałem 27 kwietnia i 31 maja 2007. Chciała niebotycznie dużo za seks, dlatego też seksu nie było, w zamian za to bawiłem się jej ciałem i dziurkami ewidentnie wprowadzając ją w stan choć chwilowej rozkoszy i płacąc po 200 za 3 kwadranse spotkania. Ona też miała to szczęście, że znalazła stałego dostarczyciela pieniędzy. Trzydziestoparoletni sponsor który płacił jej 400 zł za kilkugodzinne spotkanie w hotelu na którym dominował anal :-) i lody z połykiem. Keri był zadowolona a ów pan wyczerpany i opadnięty z sił, bo rżnął śliczne osiemnastoletnie ciałko wysokiej (170/50) blondynki o słodkiej buzi i prostym skojarzeniu do ulubionej mojej aktorki Keri Sable.
Takiego szczęścia nie miała niejaka Julka, która w 2004 i 2005 prowadziła pamiętnik na blox.pl. Niestety usunęła go, ale zdążyłem uczynić kopię zapasową z której wkrótce zrobię użytek publikując jej wyznania dokumentujące przynajmniej kilku sponsorów którzy stali na drodze do powstania tego jedynego, kasiaście-przystojnego.
No i czytam sobie bloga słodkiej Cherry docierając nawet do jej zdjęcia (mam nadzieję, że prawdziwego), które zamieszczam poniżej. Jest fajna :) a kształtność figury podobnie jak wysoki poziom intelektualno-emocjonalny są jej atutami.

Tylko nasuwa mi się pytanie czy mecenas aplikuje jej seks analny? Oraz czy ma fajne stópki? (podejrzewam, że tak, i byłoby miło gdyby ku uciesze wszystkich fetyszystów wkleiła je kiedyś na swym blogu).
cherryblossomgirl.blox.pl
P.S. też liczę w nieodległej przyszłości na taki układ z młodą i atrakcyjną dziewczyną...
P.S.2. Cherry odwiedziła dwa razy mojego bloga pozostawiając o tutaj swój komentarz pocieszając mnie tym, że 13 cm długości penis to standard.
I być może tak w istocie jest, jednak w blogu przyznała się, że lubi DUŻE KUTASY...
Nie oszukuję się już: wszystkie kobiety takie wolą, a co gorsza lubią.
Amen
nocą poniedziałkowo-wtorkową 10/11 grudnia 2007
P2R/8GW